Paper Girls #2 (dodaj do koszyka)

Prezentację drugiego tomu „Paper Girls” zaczniemy od bloga #niespie. Małgorzata Chudziak tak podsumowuje album: Drugi tom Paper Girls wzbudził moje zainteresowanie dużo bardziej niż pierwszy. W końcu zaczęłam rozróżniać bohaterki i nawet im kibicować. Mam nadzieję, że w kolejnej części będą nieco mniej nerwowo biegać po różnych lokalizacjach, a więcej odkrywać zagadkę pojawienia się potworów i podróży przez czas. Na koniec dodaje: nieśmiało polecam drugi tom Paper Girls i oczekuję na trzeci, który mam nadzieje utwierdzi mnie w przekonaniu, że warto mieć tę serię na półce. Od siebie dodamy, że warto. Całość recenzji tutaj.

A tak z kolei pisze dziennikarz radiowy, Przemek Pawełek, na swoim blogu: Pierwsze „Paper Girls” było dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Drugi tom nieco zwalnia, dając więcej przestrzeni na wytłumaczenie. Reasumując: czy warto? Jeśli się czytało tom pierwszy – na pewno, bo historia idzie do przodu, a tło wydarzeń nabiera pewnych zarysów. Dalej nie ma nudy, dalej fachowo to wygląda, choć w skrócie niby można powiedzieć że tak samo jak poprzednio – dziewczyny chodzą, rozmawiają, widzą dziwne zjawiska. Nie jest to jednak zwykła powtórka, bo historia nie drepcze w miejscu, zagęszcza się, mam też nadzieję że nie straci impetu. Całość tutaj.

Szymon Gumieniak z Menażerii, troch w kontrze do Pawełka, pisze tak: Dobrze byłoby jednak, gdyby autor trochę zwolnił tempo, zachowując większą równowagę między wątkami obyczajowymi i tymi spod znaku weird, gdyby zrezygnował z wielu fantastycznych ozdobników na rzecz np. solidnych dialogów, gdyby tak często i chętnie nie rzucał fabularnych fajerwerków, bo zazwyczaj dość szybko się wypalają, a biorąc pod uwagę tempo ich pojawiania się, bardzo szybko możemy zostać z niczym. Choć może nie mam racji, może za dużo już we mnie dorosłego, może „w tym szaleństwie jest metoda”, może Vaughan znalazł po prostu jakąś opuszczoną fabrykę pełną najbardziej kolorowych i najbardziej wybuchowych sztucznych ogni i postanowił zrobić dla nas pokaz. Ciąg dalszy tutaj.

Ostro i z polotem mówi jak jest: Paper Girls  to komiks, z którym na spokojnie można rozpocząć swoją przygodę z tym medium. Jest to również całkiem ciekawa lektura dla starych wyjadaczy, szczególnie tych, którzy pamiętają początki Vaughana na rynku. Jest to również komiks dla tych, którzy lubią ciekawe popkulturowe połączenia; o ile pierwszy tom był porównywany do Stranger Things, o tyle drugi ja porównałabym do skrzyżowania Powrotu do Przyszłości i Goonies. Reszta tutaj.

Jan Sławiński, vel Anonimowy Grzybiarz, nie rozumie hajpu na „Paper Girls”, ale jednak docenia: Dwa wydane dotychczas przez Non Stop Comics tomy przygód dziewczyn rozwożących gazety pochłonąłem za jednym zamachem, a lektura dostarczyła mi sporo przyjemności. Pod każdym względem, zarówno fabularnie, jak i graficznie, to naprawdę solidna komiksowa robota. Kolory Matta Wilsona to czysty odjazd. I choć nie dostrzegam w Paper Girls pierwiastka wybitnego, nie zmienia to faktu, że – powtórzę po raz kolejny – bawiłem się naprawdę dobrze i z chęcią sięgnę po kolejne tomy. Całość tutaj.

Wizualnie znowu jest odurzająco – pisze Łukasz Wasilewski, modny pisarz – Niby w kinie mamy modę na neonowe kolory, ale w tym przypadku nie ma mowy o neonach, retro blasku i psychotropowych cukierkach. Chociaż te ostatnie, znalezione gdzieś w piwnicy, pokryte warstwą kurzu jakoś w naturalny sposób pasują do „Paper Girls”. Niby oldskulowo, a jednak świeżo. Ciąg dalszy tutaj.

A blog czytaj komiksy wystawia ocenę osiem na dziesięć i pisze tak: Czytając pierwszy tom doręczycielek byłem jeszcze przed seansem Stranger Things. Teraz jestem po pierwszym sezonie i po dwóch tomach Paper Girls. Obie produkcje pomimo innych mediów wydają się posobne. Jednak może narażam się wielu osobą ale serial nie wywarł na mnie jakiegoś oszałamiającego wrażenia. Dużo lepiej prezentuje się komiks o przygodach młodych nastolatek, którym drogę wyznacza Brian K. Vaughan. Bohaterek nie da się nie lubić, dziewczyny zamiast być zafascynowane przyszłością, są wręcz nią rozczarowane. Natomiast czytelnik nie będzie czuł rozczarowania. Reszta tutaj.

Głębia #2: Zanim spali nas świt (dodaj do koszyka)

Tomasz Drozdowski z Movies Room ma mieszane uczucia: Drugi tom nie zrobił na mnie takiego wrażenia, jak poprzednia część i boję się, że autorzy poszli we wtórność i nie zaoferują niczego nowego poza tanimi szokami. Głębia nie oczarowała mnie chociażby jak The Black Monday Murders czy Zabij lub zgiń, ale sam koncept nadal mi się podoba i liczę, że fabuła pójdzie krok dalej, a najlepiej o kilka. Reszta tutaj.

Zupelnie inne zdanie ma natomiast Dawid Śmigielski z Menażerii„Zanim spali nas świt” udanie wprowadza czytelnika w nowe rejony opowieści. Fabuła Remendera staje się bardziej finezyjna. Eksploatuje kolejne ciekawe wątki i rozbudowuje portrety psychologiczne bohaterów, czyniąc ich bliższych czytelnikowi. Zarazem to, co się nie zmienia, to duża doza brutalności, z tym że nie jest ona środkiem sama w sobie. Przemoc zawsze odbija swoje piętno. Zdaje się też bardziej dosadna niż w pierwszym tomie. Ciąg dalszy tutaj.

Odrodzenie #2: Życie ma sens (dodaj do koszyka)

I ponownie Małgorzata Chudziak z #niespie, tym razem o „Odrodzeniu”: Kiedy przeglądałam dyskusje dotyczące Odrodzenia, spotkałam się z argumentem, że jest to kolejny „typowy tasiemiec”. Faktycznie: 47 zeszytów robi wrażenie, ale nie nazwałabym tego komiksu „typowym”. Mamy tu przykład oblężonej twierdzy, w której centrum ludzie wstają z martwych. Nie są jednak oni zombie żądnymi krwi niewinnych istot, ale myślącymi i czującymi osobami. Podczas lektury odniosłam wrażenie, że ludzie, którym jeszcze nie udało się kopnąć w kalendarz, są częściej pokazywani jako potwory. Wykorzystują powrót do życia bliskich albo wcześniej doprowadzają do ich przedwczesnej śmierci. Jest to bardzo ciekawe odwrócenie narracji zastosowanej choćby w Żywych trupach. Odrodzenie może i jest tasiemcem, ale bardzo solidnie zbudowanym. Napięcie rośnie z każdą stroną, scenarzysta niespiesznie odsłania kolejne fragmenty układanki. Jeżeli seria w kolejnych tomach będzie trzymał poziom pierwszych dwóch części, to zyska wierną fankę w postaci mojej osoby. Dalej czytajcie tutaj.

Paweł Ciołkiewicz z Esensji, z Małgorzatą zdecydowanie się zgadza, pisząc: „Odrodzenie” stanowi bardzo udaną i pomysłową reinterpretację motywu żywych trupów. Nie jest to kolejny horror o walce z zombie, nie jest to także opowieść o tym, jak przetrwać apokalipsę. Rozgrywająca się w ograniczonej przestrzeni opowieść Tima Seeley’a stanowi raczej próbę wglądu w mroczne wnętrza ludzi stających w obliczu zagrożenia. Nie chodzi jednak o niebezpieczeństwo wynikające z krwiożerczych instynktów odrodzonych, ale o strach przed tym tym, że ktoś może poznać skwapliwie skrywane dotąd przed światem tajemnice. Reszta tutaj.

I po raz trzeci mamy porównanie do „Żywych Trupów”, tym razem od Moniki z Zapisków na marginesieW drugim tomie serii akcent pada na implikacje religijne i społeczne niewytłumaczalnego wciąż zjawiska. Nie dowiadujemy się, co stoi za powrotem zmarłych do życia i mam wrażenie, że autorzy nawet nie próbują tego wyjaśniać. Zamiast tego skupiają się na obserwacji bohaterów, postawionych w niecodziennej sytuacji, co zbliża komiks do słynnego cyklu Roberta Kirkmana o żywych trupach. Pytań wciąż przybywa, atmosfera się zagęszcza, z każdym kolejnym dniem Wasau staje się coraz bardziej klaustrofobiczne – i niebezpieczne. Reszta tutaj.

Krzysiek Tymczyński z Image Comics Journal przekonuje, że warto „Odrodzeniu” dać szansę: Ja w drugim tomie ”Odrodzenia” znajduję przede wszystkim zalety. Rozwinięcie kilku wątków poszczególnych bohaterów, a także przybliżenie nam tych, którzy w pierwszej odsłonie cyklu byli raczej w tle, w mojej ocenie wypadło ciekawie. Wausau okazuje się być miejscem pełnym barwnych i niejednoznacznych postaci, zaś pomysłowość Tima Seeley’a daje mnóstwo powodów wierzyć w to, że autor niejednokrotnie nas zaskoczy i nawet najmilsza osoba w miasteczku może się okazać kimś zupełnie innym. Co jak co, ale zaskoczyć czytelnika twórcy ”Odrodzenia” potrafią, co udowodnili kilkukrotnie także na łamach ”Życie ma sens”. Całość tutaj.

Z kolei Movies Room, w osobie Piotra Pocztarka, jest zauroczone: Nie pozostaje mi nic innego jak tylko gorąco polecić Odrodzenie. Od razu mówię: nie jest to seria, w którą powinno się wchodzić gdzieś w środku – jeśli jeszcze nie czytaliście pierwszego tomu (…) czym prędzej nadróbcie zaległości, po czym sięgnijcie po jego kontynuacje i cieszcie się tą dobrze napisaną i pięknie zilustrowaną historią, będącą póki co na podium najlepszych opowieści wydanych przez Non Stop Comics. Ciąg dalszy tutaj.

Rat Queens #2: Dalekosiężne macki N’Rygotha (dodaj do koszyka)

Martwa Kosteczka z Betoniarki pisze tak: Poza zabawą z konwencją, pełnokrwistymi bohaterkami i lekką historią, komiks dostarcza sporo doznań wizualnych. Rysownicy wykonali naprawdę kawał dobrej roboty, postaci są zindywidualizowane, oryginalne i daleko im do cukierkowych heroin w stylu lalki Barbie. Tom drugi, mam wrażenie, jest bogatszy graficznie, ma więcej szczegółów, wzbogacony jest też kilkoma planszami dodatkowymi oraz naprawdę ślicznymi, malarskimi portretami bohaterów na początku kolejnych rozdziałów. Całość tutaj.

A po tej recenzji aż się zarumieniliśmy. Marek Adamkiewicz z Szortalu pisze: Dobre wrażenie powstałe po lekturze pierwszego tomu nowego cyklu Tima Seeleya było świetnym prognostykiem przed poznaniem jego drugiej odsłony. I rzeczywiście, wysoki poziom został utrzymany, a „Odrodzeniu” wciąż daleko do wytartych gatunkowych schematów – twórcy ewidentnie poszukują czegoś nawet jeśli nie nowego, to przynajmniej jak najmniej odtwórczego. I w znacznej mierze ta sztuka im się udaje, bowiem to kawał naprawdę solidnego komiksu, balansującego na granicy grozy, sensacji i socjologii, a zarazem jeden z najmocniejszych punktów w ofercie wydawniczej Non Stop Comics. Reszta tutaj.

Duch Gaudiego (dodaj do koszyka)

Betoniarka, w osobie Martwej Kosteczki, chwali: Barcelona w komiksie jest piękna, czy to widziana w dzień, czy w nocy, w strugach deszczu, czy przez noktowizor. Kolorystyka buduje nastrój i podkreśla klimat poszczególnych scen. Stworzenie kadrów, odtworzenie wszelkich detali, musiało kosztować ogromną ilość pracy. Na zakończenie dostajemy plansze dodatkowe – szkice rysownika opatrzone komentarzami scenarzysty, co nam daje większy wgląd w proces powstawania komiksu. Komiksu wartego uwagi i godnego polecenia, zarówno wielbicielom krwistej, dynamicznej akcji kryminalnej, jak i architektury i sztuki. Reszta tutaj.

Head Lopper #1: Wyspa albo Plaga Bestii (dodaj do koszyka)

Head Lopper tom 1: Wyspa albo Plaga Bestii

Mirosław Skrzydło z naEkranie, aż odleciał przy „Head Lopperze”: Wyspa albo Plaga Bestii to wystrzałowe otwarcie jednej z ciekawszych serii amerykańskich, jakie w ostatnich latach trafiły nad Wisłę. To szybka i emocjonująca jazda bez trzymanki na olbrzymim  rollercoasterze. Szczere polecenie owego komiksu, jak najbardziej uzasadnione. Ciąg dalszy tutaj.