Robert Kirkman stwierdził, że „Bitch Planet” może być jednym z największych hitów Image Comics w 2014 roku. Trudno się z nim nie zgodzić.

Scenarzystka Kelly Sue DeConnick z olbrzymią lekkością wykorzystuje exploitation z podgatunku „women in prizon” i przekształca go w agresywny feministyczny manifest będący alegorią patriarchalnego ucisku. W niedalekiej dystopijnej przyszłości, świat został bezsprzecznie zdominowany przez mężczyzn. Każda kobieta, która się nie podporządkuje – czyli jest tzw. niezgodną – zostaje zesłana na Pomocniczą Placówkę Zgodności, potocznie zwaną Bitch Planet, planetarne więzienie strzeżone przez uzbrojonych strażników i hologram o mocno wyeksponowanych walorach seksualnych. Do ośrodka trafia Marian Collins, gospodyni, która przestała zaspokajać swojego męża i w żaden sposób nie jest w stanie odnaleźć się w nowym środowisku. O tym jaki los ją spotka zadecyduje jej małżonek negocjujący warunki zwolnienia na Ziemi. Na pierwszy plan natomiast wysuwają się dwie więźniarki: twarde, nieposłuszne i niezależne Kamau Kogo i Penny Rolle, które nie dają sobie w kasze dmuchać i zapewne nie raz narażą sie strażnikom.

Album przepełniony jest punk rockowym gniewem i buntem. To przewrotny obraz zinstytucjonalizowanego samczego świata zdominowanego przez korupcję, dyskryminację i bezmyślną przemoc – nie tylko fizyczną. W świetle prawa kobiety zdegradowano do roli zabawek, które gdy się zużyją, znudzą bądź odmówią współpracy, można bezkarnie wyrzucić na śmietnik. Zmieniono nawet nomenklaturę i teraz Ziemia jest Ojcem, a Matką bezgraniczny kosmos, na łono którego zsyłane są „nieposłuszne” kobiety. Dla scenarzystki cała ta kreacja jest jednak świetnym pretekstem do ukazania silnych i walczących o przetrwanie jednostek, za wszelką cenę chcących zachować własną tożsamość, poglądy i wolną wolę. DeConnick w grindhouseowym opakowaniu podaje zmyślną fantastykę socjologiczną, bezkompromisową, ostro napisaną i silnie oddziałującą na emocje. Czy „Bitch Planet” stanie się feministyczną biblią? Nie sądzę, ale z pewnością rozsierdzi niektórych ludzi, co tylko znaczy, że tytuł doskonale spełni swą rolę.

Valentine De Landro ilustruje komiks w fajnym retro stylu. Nie bawi się w eksperymenty, a stawia na klasyczne kadry, raster i prostotę wykonania. Dzięki temu uzyskuje interesujący efekt finalny, świetnie zgrany z szybkim tempem narracji i ograniczoną paletą barw. „Bitch Planet” zapowiada się jako jedna z najważniejszych premier roku, która może powalczy o kilka branżowych nagród. Nie przegapcie tego tytułu.

Autor: Paweł Deptuch